Drift- dla niektórych całe życie, dla innych tylko jego mała cząstka. Niezależnie od tego, jak wysokie miejsce na liście Twoich priorytetów zajmuje kontrolowana jazda w poślizgu, pewnie widzisz i czujesz że coś jest w Polsce chyba nie tak z tym sportem, patrząc na resztę świata. Nie mówię że jest źle… no dobra jest, ale mogło być gorzej. Mogło być też lepiej, więc właśnie… Dziś nie będę jednak poruszał chwytliwego tematu „stylówy” driftowozów na narodowej scenie czy zatarcia się u zawodników, różnych lig, pojęcia Keep Drifting Fun. Poruszmy za to temat dotowania i marketingu w polskim drifcie, ale trochę na okrętkę.

TopGear Polska w poniedziałek opublikowało post „Drift na bogato”. Głównymi aktorami tej krótkiej notki był Lexus LFA i Audi… „sry” Lamborghini… Murcielago, oczywiście wprost z japońskiej i legendarnej D1GP. No właśnie, właściwie już tutaj dobrze widać wspomniane w drugim zdaniu różnice, między nami a „nimi”. Za „nich” możemy uznać czy to Amerykanów czy Japończyków, jak kto woli.

W driftingowy świat wkraczają coraz odważniejsze samochody. W Japonii można zobaczyć w akcji np. Lambo Murcielago,…

Posted by TopGear Polska on 26 październik 2015

Nie będę pisał że Polaki… itp. – nie o to tutaj chodzi i zaraz będzie że „hejtuję”. Powiem inaczej – chodzi o hajs. W sumie im dłużej żyję, tym coraz częściej widzę że chodzi tylko o hajs (w dzieciństwie się to miało „w dupie” i było fajnie). Czemu nie ma pieniędzy w polskim drifcie? Temat szeroki, ale o tym co przeczytacie za chwilę, jeszcze nikt raczej nie rozkminiał.

Prosto z mostu, jest to wina przedsiębiorców (ludzi z hajsem), marketingowców i managerów (ludzi zarządzających tym hajsem) i po części też zawodników (ludzi potrzebujących hajsu). To też wypadkowa podejścia do niektórych spraw. W Polsce, większość zawodników nie wyobraża sobie, że mogliby żyć zarabiając na drifcie lub przynajmniej do niego nie dokładać ze swojej kieszeni- jest to wizja mocno nierealna. Jej nierzeczywistość wzmacniają również sami potencjalni i aktywni sponsorzy.

15_FD_HERO_final

Tworzy się swoiste błędne koło- sponsorzy boją się sypnąć srogo kasy dla zawodników, bo nie widzą w drifcie miejsca na zysk, przez brak kasy maszyna się nie rozkręca i nie ma prawa przynosić wymarzonego profitu. Mówiąc prościej każdy się boi zaryzykować i zainwestować, a bez inwestycji nie ma zysku i idzie fama że na drifcie nie da się zarobić. „Gówno” prawda – nikt nie inwestował na poważnie, przemyślanie i nie poczekał dłużej na zysk, więc nikt tego nie sprawdził rzeczowo i kompetentnie. Nasuwa mi się jeden cytat z polskiej kinematografii, ale zachowam go dla siebie bo będzie, że krytykuję „Panów Prezesów” (zainteresowanych odsyłam do filmu „Wesele” Wojtka Smarzowskiego).

Również kierowcy, jak wspomniałem, mają swoje trzy grosze w tym problemie. Marketing drifterów w Polsce niestety leży, poza pojedynczymi wyjątkami. A jak wiadomo żeby znaleźć sponsorów trzeba jakoś ich zanęcić – jak na rybach. Mówiąc marketing, nie mam na myśli naklejki na aucie ze zdaniem „szukam sponsora”, czy prowadzenia prostego fanpage’a na FB. Czasem trzeba się przyznać samemu sobie, że po prostu nie jest się w czymś najlepszy i powierzyć swój wizerunek i „pijar” komuś innemu. Wiadomo że temu komuś trzeba na początku zapłacić i to boli, ale patrzmy na to jak na każdą inną inwestycję. Tak robią, pierwsi z brzegu, nie lubiany w świecie driftu, piłkarze (tory zamiast orlików) czy inni sportowcy popularnych dyscyplin, ale też koledzy po fachu z Formuły Drift czy D1GP. Mają managerów i inne osoby odpowiadające za ich wizerunek i kontakty z mediami i sponsorami. Warto by się w tym momencie zająć tą kwestią w polskim drifcie i zacząć gonić pod tym względem kolegów zza oceanu, bo patrząc na ich marketingowe sukcesy wg mnie warto i jest spory kawałek „hajsowego” tortu do wyrwania.

10325436946_cfbba1d868_o

Tą obserwację powinni sobie wziąć do serca wszelkiego rodzaju firmowi marketingowcy i ich przełożeni. Każdy chce maksymalnie zwiększać swoje przychody i każdy goni za coraz to lepszą reklamą, udoskonalając obecne kanały promocji i poszukując nowych – Halo, ludzie… tu jesteśmy i chętnie rozpromujemy waszą działalność na naszych autach w bardzo widowiskowy sposób. Nie mówię tu tylko o firmach motoryzacyjnych. Wystarczy spojrzeć na Formułę 1 i zobaczyć jaki procent reklamodawców to firmy związane z branżą moto, żeby dojść do wniosku że reklama w sportach motorowych może opłacać się np. producentowi programów antywirusowych. Wiem, narobiłem smaku tą F1, ale raz że nie każdego stać na reklamę na aucie Lewisa Hamiltona, dwa może warto „patriotycznie” powspierać swoich? Nie można też zapominać, że nie każda reklama przekłada się na policzalne zyski w prostej linii – czasem chodzi też o coś więcej, co procentuje długofalowo… osoby zainteresowane wiedzą o czym mówię.

Dziwi mnie, że w Europie nie zastosowano patentu który w USA „zaskoczył” bardzo dobrze. Prawie żaden (z wyjątkami) importer czy dealer konkretnej marki samochodowej, nie wpadł na pomysł podarowania jakiemuś drifterowi auta, w zamian za sporą część miejsca reklamowego na oklejeniu jego bokolota. Przecież dla darczyńcy to „śrubkowy” koszt – często mniejszy niż wykupienie takiej powierzchni na aucie za „żywe” pieniądze. O przystosowanie takiej darowizny do latania bokiem też nie musi się martwić, w Polsce nie brakuje zdolnych ludzi potrafiących nawet i z Opla zrobić maszynę do wygrywania w drifcie.

DSC_9488

Widać jednak pewne zainteresowanie i poprawę w poruszonym problemie. Drift Masters Grand Prix z roku na rok rozszerza swoje działania marketingowe i przyciąga coraz to nowszych sponsorów, a nawet, po raz pierwszy w kraju – stację telewizyjną o ogólnopolskim zasięgu. „Props” za to i robić tak dalej – rozpędźcie tą marketingową lokomotywę jeszcze bardziej! Zdarzają się również na rodzimej scenie przypadki kierowców, których ten artykuł nie dotyczy. Sponsorzy bowiem, dotują ich bardzo szczodrze i Ci zawodnicy nie muszą się martwić o fundusze na auto i starty. Niestety takie przypadki można zliczyć na palcach jednej ręki.

Podsumowując – szefowie firm i marketingowcy szukajcie, a jak już znajdziecie, to nie bójcie się inwestować tylko róbcie to porządnie i przemyślanie, a źle na tym nie wyjdziecie. Zawodnicy – pora uświadomić sobie pewne sprawy i przyczynić się własnym działaniem do tego, aby stworzyć w Polsce zawodowy drifting – bo na tę chwilę w „driftencyklopedii – wersja Polska” pod tym pojęciem znajdziecie dwa słowa – <nie istnieje>. Od was zależy tak samo duży jak od tej drugiej strony, czyli potencjalnych sponsorów, a nie wiem nawet czy nie więcej – przypomnijcie sobie aluzję o wędkowaniu cztery akapity wcześniej.

10102387746_d39ed03723_o

Nie twierdzę że mam pełną rację, może dla niektórych nie mam nawet jednego procenta racji – ale wiem co mówię. Specjalnie nie poruszałem również kwestii stylu w krajowym drifcie i spin na linii zawodnicy – Panowie/chłopaki upalający na luźnych eventach. Szkoda, że prawie nikt u nas nie łączy tych dwóch funkcji, bo jak widać na przykładzie kierowcy wspomnianego „Lambo” – Daigo Saito, da się. Nie wolno jednak zapominać, że styl to również pewna cecha, którą można przekształcić w mocny marketingowy plus. Na ten temat przyjdzie jednak czas już niebawem.